
Po pierwsze Mickey Rourke, po drugie Mickey Rourke, a po trzecie Guns N' Roses. I tak właśnie zapamiętałem film "Zapaśnik" w reżyserii Darrena Aronofskyego. W polskich kinach, film będzie wyświetlany 20 marca i nie wiedzieć czemu, "The Wrestler" miał mały poślizg w porównaniu do USA, bo aż ponad pół roku. Takie opóźnienia są jak najbardziej jasne przy tanich produkcjach, filmach klasy B, ale dlaczego przy tytule, który dostał Złotego Lwa na festiwalu filmowym w Wenecji za najlepszy film?
A co do tanich filmów, to szczerze powiedziawszy, to pojęcie nie jest całkiem obce "Zapaśnikowi". Twórcy filmu mieli bardzo mały budżet do wykorzystania i często musieli improwizować, ponieważ koszty nie pozwalały na zamykanie lokacji, opłatę statystów czy angażowanie wielu aktorów. Na przykład scena nakręcona w hipermarkecie, ukazuje nam obywateli USA, którzy po prostu przyszli na codzienne zakupy i zgodzili się na nakręcenie. O dziwo pomył był trafiony, ponieważ te sceny nie wypadają sztucznie.
Właściwie realizm to ważny element "Zapaśnika". Ta dramatyczna opowieść jest dla widza bardzo wiarygodna, więc przeżywamy tę historię do samego końca. Co więcej utożsamiamy samego Rourka z postacią, którą gra, ponieważ jego życie w świecie Hollywood również w ostatnich latach nie było usłane różami. Podobne problemy związane z wiekiem oraz niemożliwością przystosowania się do nowych wytycznych spotkały aktora w życiu osobistym. Ale zostawmy na chwilę samego Rourka. O czym opowiada film?
Randy "The Ram" Robinson (Mickey Rourke) był kiedyś znaną gwiazdą wrestlingu. 20 lat temu był kimś, dziś jest zmęczonym, zniszczonym przez życie (nosi aparat słuchowy) zapaśnikiem, który stara się zarabiać na życie uczestnicząc w drobnych pokazach wrestlingu, w mało znanych miejscach. Na jednej z takich walk, Randy dostaje zawału i w szpitalu dowiaduje się, że musi skończyć z zapasami, w przeciwnym wypadku źle się to dla niego skończy. Randy zamierza zmienić swoje życie, ale jest to bardzo skomplikowane, jak na prawdziwy dramat przystało.
Gdyby nie Mickey Rourke to film stał by się przeciętną produkcją. Mickey dźwiga na swoich barkach niemal cały ciężar tego nieprzeciętnego filmu. Tutaj warto wspomnieć, iż kandydatem nr 1 do tej roli był Nicolas Cage, a kandydatem nr 2 Sylvester Stallone. Na szczęście nic z tego nie wyszło. Dlaczego na szczęście? Otóż Cage ostatnio niczym nas nie zachwyca, a Stallone to przecież Rocky, nie chcemy aby na ringu kojarzył nam się z kimś innym. Ostatecznie rolę dostał niedoceniany wcześniej Rourke i film stał się światowym hitem. I właśnie dla samego głównego bohatera, warto wybrać się do kin. Ta rola, choć bardzo dobra, raczej oscarowa nie jest, ale nominacja do statuetki Oscara dla najlepszego aktora, jest jak najbardziej zasłużona. Nie wiem niestety czy Sean Penn słusznie dostał statuetkę za rolę w filmie "Obywatel Milk", ale znając zdolności aktorskie Penna to zapewne tak właśnie było.
I na koniec wspomnę o piosence, która leci w tle, gdy Randy wbiega na ring. Jest to świetny kawałek Guns N' Roses pod tytułem "Sweet Child o'mine". Przyznam szczerze, iż wcześniej nie zwracałem uwagi na ten utwór, ale po tym filmie po prostu zachwyciłem się nim. Dlatego właśnie uważam, że na film koniecznie trzeba się wybrać ze względu na udany powrót Mickeya i udział grupy Guns N' Roses.
OCENA: 8/10
Zdjęcie: Wikipedia