
Szkoda czasu i pieniędzy. I na tym w sumie recenzja może zostać zakończona, a Ty drogi czytelniku kliknij w inną recenzję. Ja jednak chwile zostanę i opiszę krótko tą maszkarę, bo pozytywów w tym tytule naprawdę nie znajdziemy. Oczywiście na siłę zawsze można coś wymyślić, ale nic nie uratuje najnowszej części Punishera od totalnej zagłady wśród widzów i krytyków.
"Punisher: Strefa Wojny" to już trzecia część serii, która rodzi się w dość niesystematycznych odstępach czasowych. W pierwszej części z 1989 roku główną rolę zagrał ówczesny bohater filmów kina akcji - Dolph Lundgren. I film został przyjęty dobrze przez rzeszę fanów. Kolejna część powstała wiele lat później, bo aż dopiero w roku 2004 i tutaj w główną rolę wcielił się Thomas Jane. Należy wspomnieć, że na ekranie tej części, zagościli również takie sławy jak John Travolta, Will Patton, Rebecca Romijn czy Roy Scheider. I w tym przypadku również tragedii nie było. Widz miał dostać brutalne kino akcji z mścicielem w koszulce z trupią czaszką i taki film wtedy obejrzał. Czyli druga część przygód mściciela, można powiedzieć, że była udana.
No i doczekaliśmy się części trzeciej, która przy tych poprzednich wygląda jak Yugo przy BMW.
Czy jest sens opisywać scenariusz? Oczywiście ten sam. Frank Castle po raz kolejny wyrusza na samotną krucjatę, która ma na celu zlikwidowanie mafii. Po drodze wykosi wiele oprychów. Ale jak wykosi... a więc na ekranie zobaczymy urwane głowy, ucięte kończyny, wbite narzędzia w części ciała, rozrywające pociski, dużo krwi, dużo flaków, dużo brutalności. Można powiedzieć, że film ominęła cenzura, bo niektóre sceny są naprawdę nieprzyjemne. Czy to plus? Dla fanatyków może i tak, dla tych pozostałych nie bardzo.
Ale pojęcie brutalności to kwestia sporna. Kto co lubi... film irytuje głównie swoją formą, która przypomina inny film stworzony na podstawie komiksu - "Batman i Robin". Jak ogólnie wiadomo, wspomniana część człowieka-nietoperza okazała się totalnym nieporozumieniem i wpłynęła bardzo negatywnie na całą serię. Tutaj mamy podobny przykład i bardzo z tego powodu ubolewam. Ja chcę kolejnych części Franka, ale autentycznych, takich które nie śmieszą i nie obrażają widza. A to co się dzieje w najnowszej części to po prostu jakieś żarty. Postaci jakieś takie przerysowane, bez ikry, pozbawione oryginalności. Główny, zły boss z pociętą twarzą, wygląda jak twór dr Frankensteina, a mamy przecież XXI wiek i taka charakteryzacja zwyczajnie nie pasuje. "Super straszny" brat głównego bossa, może nas jedynie rozbawić swoim zachowaniem bo na pewno nie przerazi, ani też nie wzbudzi żadnych emocji. No może poza tymi negatywnymi. Sceny przemocy, które powinny być mocną stroną filmu tylko irytują, więc jeśli film akcji, ma słabe sceny akcji to już szkoda gadać. I na sam koniec zostawiam głównego aktora, czyli pana Stevensona, który nastawia sobie nos ołówkiem (przy oglądaniu tego aż nozdrza nas zaswędzą). Może to tylko moje odczucie, ale ten gość nie pasuje ani trochę do tej roli. Nie kojarzy mi się w ogóle z "Punisherem" jakiego znamy, więc film równie dobrze, mógłby się nazywać "Krwawa Jatka 3" i też by było w porządku.
No i tyle. Więcej nie mam zamiaru tracić czasu. Nie na tą szmirę. Ja się sparzyłem, więc ostrzegam innych - omijać z daleka i nie patrzeć w stronę nowego "Punishera". "M jak Miłość" wypada lepiej.
OCENA: 2/10
Zdjęcie: Wikipedia