
Obecnie wszystkie filmy z gatunku kina akcji niestety zgubnie dążą tylko do jednego. To „coś” można chyba nazwać przerostem formy nad treścią, czyli nadkładaniem efektów wizualnych nad fabułę i przekaz. Wszystkie te filmy popisują się coraz to lepszymi „wypocinami” super mocnych komputerów, które prezentują domniemany świat przyszłości. W tego rodzaju kinie niestety nie uświadczymy niczego innego jak odmóżdżającymi, stale powielanymi schematami wałkowanymi i odgrzewanymi tyle razy, że choć przedstawione w coraz to nowocześniejszy sposób, nudzą widza jak diabli. Podczas oglądania tego filmu nie uświadczycie absolutnie nic nowatorskiego, czego nie można znaleźć w produkcjach z przed kilku lat.
Oczywiście jest to tylko moje zdanie na ten temat, bo są maniacy, którzy lubują się w tego rodzaju kinie. Ja natomiast nie jestem taki łatwy i jak dla mnie beznadziejna fabuła przesycona choćby kosmicznymi efektami nie robi na mnie wrażenia. Tak więc przedstawia się moje zdanie nad sensem oglądania tego filmu pod kątem fabuły. Efekty specjalne zaś to zupełnie inna bajka…
KILKA SŁÓW O FABULE.
Jak już wcześniej wspomniałem fabuła jest prosta niczym konstrukcja cepa. Pewna firma opracowuje tajną broń, którą są bomby z mikroskopijnymi nanorobocikami, które każdą metalową rzecz zjadają w kilka sekund. Wpada ona oczywiście w ręce czarnych charakterów, którzy identyfikują się jako organizacja Cobra. Aby uniemożliwić panu Destro, przywódcy Cobry, zapanowanie nad światem, z ukrycia wychodzi ta dobra organizacja o nazwie G.I. Joe. Składa się ona z najlepiej wyszkolonych, wyposażonych w najnowocześniejszą technologię żołnierzy, wojowników ninja i co tam jeszcze dusza zapragnie.
Jest też jako taki wątek miłosny, i co najciekawsze reżyser chcący pójść na łatwiznę i upiększyć nieco film, wzbogacając ubogą fabułę wymyślił sobie mały chwyt. Mianowicie polega on na tym, że każdy „ten dobry” z G.I. Joe, ma swój, można by to nazwać, zły odpowiednik w Cobrze. Upiększa to nieco fabułę jakimiś retrospekcjami bohaterów mającymi się do fabuły i całego filmu tyle co piernik do wiatraka i jedynie przedłużają film, który i tak trwa prawie dwie godziny.
Na tym chyba mogę zakończyć przedstawienie filmu od strony fabularnej, bo choć dało by się tu jeszcze coś wymyślić, nie ma sensu brnąć dalej i dopatrywać się dobrych stron.
EFEKTY SPECJALNE.
O ile film bardzo kuleje od strony fabularnej, o tyle efekty specjalne stoją na dość wysokim poziomie. Gadżety i niektóre sceny przywodzą na myśl zabawki James’a Bonda, sceny batalistyczne rodem z Gwiezdnych Wojen, pościgi niczym z Fast & Furious, przypomina tez bardzo takie produkcje jak Transformers i IronMan. Można by wymieniać w nieskończoność. Pojawiły się też moje ulubione Power amory czyli zbroje znacznie wspomagające ludzi, „naprawiające” ograniczenia nałożone na nas przez matkę naturę. Niektóre sceny są naprawdę bardzo widowiskowe jak walka obydwu frakcji pod woda lub pościg samochodu Cobry przez dwóch gości wyposażonych w wyżej wymienione zbroje. Są też karabiny strzelające jakimiś promieniami zmiatającymi dosłownie wszystko, super szybkie i nowoczesne pojazdy, samoloty itd.
Muzyka w filmie nie jest warta nawet wspominania.
GENEZA.
Film powstał na podstawie figurek wyprodukowanych przez firmę Hasbro, komiksach Marvela i kilkuodcinkowej serii animowanych przygód bohaterów z G.I. Joe. Był też serial i pełnometrażowy film animowany (tutaj od siebie nic nie dodam, gdyż nigdy z tą serią bliżej sam się nie zapoznałem).
PODSUMOWANIE.
Typowy amerykański film stawiający komputer ponad rozum. Kino zdecydowanie tylko dla fanów szybkiej akcji z wszechobecnymi wszędzie efektami specjalnymi. Mówiąc szczerze w połowie seansu miałem ochotę wyłączyć film. Jeżeli lubisz filmy jak Transformers lub Iron Man (które od G.I. Joe są o wiele lepsze), raczej się nie zawiedziesz. Jest też jedna rzecz, która mnie niepokoi – końcówka sugeruje, że będzie sequel.
OCENA: 6/10 (tylko ze względu na wspomniane efekty)
Zdjęcie: Wikipedia