
„Alicja w Krainie Czarów” z 2010. Film powstał na kanwie książki Charlesa Lutwidge'a Dodgsona (pseudonim Lewis Carroll) pod tytułem „Przygody Alicji w Krainie Czarów”. Nie jest to moja ulubiona książka. Wcześniejsze ekranizacje oglądałam przypadkiem. Alicję Tim'a Burton'a obejrzałam niedawno, właśnie ze względu na ciekawy warsztat tegoż reżysera. Jak również dla „zawieszenia” oka na moim ulubionym aktorze - numer dwa na mojej prywatnej liście: Johnny'm Depp'ie.

Pomimo, że Święta Wielkanocne obchodziliśmy kilka miesięcy temu, a do kolejnych jeszcze sporo czasu, dzięki dystrybutorowi Tim Film Studio, możemy chociaż na chwilę poczuć klimat tych dni. Żółte kurczaki, malowane jajeczka no i oczywiście zając wielkanocny powracają do nas w filmie z kategorii kina familijnego, pt. „HOP”.
Każdorazowo, kiedy zbliżają się Święta Bożonarodzeniowe na kinowych ekranach gości film, który swoją tematyką nawiązuje do tego okresu. Wielkanoc, które jest najstarszym i najważniejszym świętem w wierze chrześcijańskiej, przez producentów filmowych zawsze było omijane szerokim łukiem. A szkoda, bo jest to idealny temat do opowiedzenia ciepłej, życiowej i rodzinnej historii, która pomimo formy lekkiej, łatwiej i przyjemnej, niesie pozytywne przesłanie.

Są takie miejsca na ziemi, gdzie poranny śpiew ptaków niesie się kilometrami. Gdzie zwierzęta na śniadanie spijają poranną rosę z egzotycznych roślin. Miejsca, gdzie fauna i flora stanowią oszałamiającą feerię barw. Panuje tam zrozumienie, przygoda i wolność.
W takim właśnie miejscu urodził się Blu - główny bohater filmu "Rio" - piękna niebieska papuga.
Niestety jego beztroskie dzieciństwo w urokliwej dżungli zostaje przerwane. Handlarze zwierząt wywożą go do Stanów Zjednoczonych. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności papuga trafia do rąk Lindy. Dziewczyna udomawia egzotycznego ptaka. Stają się nierozłączni, świetnie się rozumieją, są przyjaciółmi. Blu jest bardzo mądrą papugą, która świetnie sobie radzi w świecie ludzi. Potrafi pić przez słomkę, samodzielnie otwiera i zamyka swoją klatkę itp.

Poszłam do kina oczywiście ze względu na pingwiny, ponieważ je uwielbiam i gdyby było to możliwe, to posiadałabym ich całe mnóstwo. O filmie wiedziałam jedynie, że będzie to jakaś komedia, no i „pingwiny” były w tytule. I był to naprawdę zabawny film.
Ale od początku. Tytułowy bohater to karierowicz, który odstawił na dalszy plan rodzinę i uczucia. Żona odeszła, dzieci nie chcą spędzać z nim czasu. Wszystko się zmienia, kiedy zastaje pod drzwiami bardzo nietypową przesyłkę. Otóż otrzymał od swojego ojca, podróżnika, z którym dawno nie miał już kontaktu, pod opiekę... pingwina. W wyniku szeregu nieporozumień zamiast odesłać go z powrotem, to otrzymał jeszcze kolejnych kilka pingwinów. Pingwiny uratowały mu życie.

Wybierając ten film nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Po zapoznaniu się z plakatem reklamującym kinową adaptację książki Jeffa Kinney’a o tym samym tytule miałem przeczucie, że film nie trafi w moje gusta i jest raczej przeznaczony dla rodziców chcących miło spędzić czas w towarzystwie swoich „cwaniaczków”. Jak się później okazało intuicja mnie nie zawiodła.
Greg Heffley wraz ze swoim przyjacielem Rowley’em trafia do gimnazjum. Całkiem nowy świat budzi w nim wolę walki, chłopak chce zapisać się złotymi literami w szkolnym roczniku. Szybko jednak dostrzega, że w nowym otoczeniu rządzą silniejsi i dojrzalsi rówieśnicy. Pełen determinacji nie zamierza stać w cieniu i wszelkimi sposobami walczy o sławę.

Pamiętam jak dziś kiedy w 2002 roku do kin weszła pierwsza część Harrego Pottera i pamiętam jak dziś kiedy wysypywałem na podłogę popcorn i zakładałem sobie kubełek na głowę w obawie że jeden z czarnych charakterów wyjdzie z ekranu. Dziś mam już trochę więcej lat i jedyne moje uczucia które okazywałem na tym filmie to… zachwyt oraz smutek pod koniec filmu. A na kolejną część będę musiał czekać aż do wakacji przyszłego roku.
Reżyserem tej części jak i poprzedniej części i "Zakonu Feniksa" jest David Yates. Niezbyt lubię tego reżysera bo moim skromnym zdaniem spieprzył "Księcia półkrwi" oraz "Zakon feniksa". W sumie to z "Księciem..." to był o tyle kłopot że w nie było tam jasno określonego celu... w poprzednich częściach Harry do czegoś dążył od początku, tutaj fabuła była dość rozwlekła. Niemniej szósta, „książkowa” część Harry'ego była według mnie najlepsza. Ale mniejsza z tym.

Pewnego razu z nudów obejrzałam kilka bajek, które aktualnie są dla dzieciaków wyświetlane w telewizji. Byłam zdziwiona i trochę zdezorientowana po zapoznaniu się z poziomem i sensem tych bajek. Później zebrało mi się na wspomnienia...jakie to były bajki kiedy ja byłam mała i jakie były one interesujące i pouczające. Ja osobiście byłam fanką bajek "lecących" na Polonii 1, a głownie takich tytułów jak "Yattaman", "Czarodziejki z księżyca", czy "Generał Daimos". Dla mnie te animacje były super. Zawsze zaskakujące z pozytywnym zakończeniem. Teraz oglądam sławne "Teletubisie" i nie wiem o co w tej bajce tak naprawdę chodzi.