
Trzeba przyznać, że "Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi" to tytuł, który łatwo nie wpada w ucho. Nawet po zapoznaniu się z filmem muszę się zastanowić nad jego pełną nazwą. Jednak w filmie panuje ogólnie angielski humor, ponieważ powstał on w Wielkiej Brytanii, więc złożoność tytułu nie dziwi. Angielski humor zawsze wyróżniał się z pośród tłumu.

Ostatnio miałem okazję obejrzeć debiut reżyserski Cezarego Pazury zatytułowany „Weekend”. Niestety nie wspominam tego doświadczenia dobrze. Idąc za ciosem chciałem jednak dać szansę kolejnej polskiej produkcji i wierzyłem, że tym razem się nie rozczaruję. Mój wybór padł na film Andrzeja Saramanowicza, „Jak się pozbyć cellulitu”.

Mówi się: do trzech razy sztuka i byłem bardzo ciekaw, czy faktycznie tak jest. Tyczy się to moich ostatnio zrecenzowanych filmów z rodzimej fabryki. Po dwóch niewypałach noszących tytuły „Weekend” i „Jak się pozbyć cellulitu”, ciężko było mi się skusić na kolejną polską produkcję. Jednak każdemu należy dać szansę, a jej wykorzystanie to całkowicie innym temat.

„Fisher King” powstał w 1991 roku. Ma już dwadzieścia lat! Mimo upływu czasu obraz jest świeżutki. Zachował wszystkie zapachy: od uczuć po kulinaria- choćby w uroczej scenie w chińskiej knajpce:) Reżyserem jest podziwiany przeze mnie wzdłuż, wszerz i wspak Terry Gilliam.
Film jest arcydziełem. To zdanie nie tylko moje ale i wielu innych. W głównych rolach obsadzono Robin'a Williams'a - numer jeden na mojej prywatnej liście aktorów. Przybliżać szczegółowo sylwetki nie trzeba. Wystarczy wspomnieć brawurową rolę w „Stowarzyszenie umarłych poetów”, czy „Hook”; oraz Jeffa'a Bridges'a - filmowego Jacka. W swym dorobku ma wiele ról, między innymi: „K-Pax”, „Drzwi w podłodze”, „Człowiek który gapił się na kozy”.

Pomimo, że Święta Wielkanocne obchodziliśmy kilka miesięcy temu, a do kolejnych jeszcze sporo czasu, dzięki dystrybutorowi Tim Film Studio, możemy chociaż na chwilę poczuć klimat tych dni. Żółte kurczaki, malowane jajeczka no i oczywiście zając wielkanocny powracają do nas w filmie z kategorii kina familijnego, pt. „HOP”.
Każdorazowo, kiedy zbliżają się Święta Bożonarodzeniowe na kinowych ekranach gości film, który swoją tematyką nawiązuje do tego okresu. Wielkanoc, które jest najstarszym i najważniejszym świętem w wierze chrześcijańskiej, przez producentów filmowych zawsze było omijane szerokim łukiem. A szkoda, bo jest to idealny temat do opowiedzenia ciepłej, życiowej i rodzinnej historii, która pomimo formy lekkiej, łatwiej i przyjemnej, niesie pozytywne przesłanie.

Są takie miejsca na ziemi, gdzie poranny śpiew ptaków niesie się kilometrami. Gdzie zwierzęta na śniadanie spijają poranną rosę z egzotycznych roślin. Miejsca, gdzie fauna i flora stanowią oszałamiającą feerię barw. Panuje tam zrozumienie, przygoda i wolność.
W takim właśnie miejscu urodził się Blu - główny bohater filmu "Rio" - piękna niebieska papuga.
Niestety jego beztroskie dzieciństwo w urokliwej dżungli zostaje przerwane. Handlarze zwierząt wywożą go do Stanów Zjednoczonych. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności papuga trafia do rąk Lindy. Dziewczyna udomawia egzotycznego ptaka. Stają się nierozłączni, świetnie się rozumieją, są przyjaciółmi. Blu jest bardzo mądrą papugą, która świetnie sobie radzi w świecie ludzi. Potrafi pić przez słomkę, samodzielnie otwiera i zamyka swoją klatkę itp.

Oglądając pierwszą część uśmiałam się do łez i umierałam z ciekawości jak ten film się skończy, śmiało mogę powiedzieć, że była to najlepsza komedia roku i jedna z lepszych jakie widziałam kiedykolwiek. Gdy dowiedziałam się, że kręcą Hangover Part II z niecierpliwością czekałam na premierę. Niestety, początek bardzo mnie rozczarował, był dokładną kopią części pierwszej, więc bardzo zawiedziona wyłączyłam film po 20 minutach. Tydzień później włączyłam go ponownie, głównie z nudów i obejrzałam do końca. I w sumie nie było tak bardzo źle…